O miastach, które mówią słowami ludzi

Niektóre miasta czyta się jak książkę — czasem od początku do końca, a czasem fragmentami, akapitami, chwilami. Wystarczy zatrzymać się przy witrynie księgarni, usiąść na ławce z widokiem na rzekę albo skręcić w boczną uliczkę, by nagle poczuć, że coś w tej przestrzeni ma swoją własną opowieść.

Momenty, w których przestrzeń zaczyna mówić, pojawiają się częściej, niż myślisz.


Słowa, które zostają w powietrzu

W Krakowie wystarczy przejść koło dawnego Domu Literatów przy ulicy Krupniczej, żeby poczuć, że ta ulica od dawna żyje słowami ludzi. To tutaj przez dekady mieszkali Wisława Szymborska i Adam Włodek, Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek czy Jerzy Andrzejewski. W tych samych murach powstawały anegdoty, które krążą po mieście do dziś — o nocnych wizytach Dygata, kabaretach odgrywanych na dachu i o sztucznym szczurze Szymborskiej, którym lubiła straszyć znajomych.

Zygmunt Put
CC BY-SA 4.0

Krupnicza miała jednak artystyczny puls rys wcześniej. Przy tej ulicy tworzył Jan Matejko, tu znajdowały się dom i pracownia Józefa Mehoffera, tu urodził się Stanisław Wyspiański. Nic dziwnego, że przez lata mówiono o niej jak o jednym z najbardziej twórczych adresów w Krakowie.

Podobne wrażenie możesz odnieść w Lublinie, zwłaszcza kiedy wieczorem zejdziesz z Krakowskiego Przedmieścia w stronę ulicy Złotej. Ta część miasta od lat nosi w sobie poezję — dosłownie. W maju ożywia ją festiwal Miasto Poezji, który zamienia bramy, podwórka i witryny w żywe sceny literackich działań. Echo tej energii łatwo poczuć właśnie tutaj, gdzie mrok łączy się z miękkością światła, jak w „Poemacie o mieście Lublinie” Józefa Czechowicza.

Marek Mróz
CC BY 4.0

Wystarczy skręcić nieco dalej, by natknąć się na literackie murale rozsiane po centrum — jedne przypominają o Czechowiczu, inne o poetach współczesnych, którzy wciąż piszą to miasto na nowo. I choć Lublin kojarzy się zwykle z poezją, to jest również miastem młodego Bolesława Prusa, którego dzieciństwo i pierwsze zachwyty nad światem rodziły się właśnie w tej przestrzeni. W Tutay znajdziesz spacer „Oleś – dzieciństwo Bolesława Prusa w Lublinie”, który prowadzi przez miejsca obecne w życiu przyszłego pisarza i pozwala spojrzeć na miasto jego oczami.


Literaturę można też… usłyszeć

W Warszawie są miejsca, w których słowa nie tyle się czyta, co słyszy. Wystarczy usiąść przy bulwarach wiślanych, na wysokości ulicy Dobrej, by dać się wciągnąć historii, którą Marek Hłasko opisywał najczęściej — o ludziach trochę zagubionych między światłami miasta a szumem rzeki. 

Rdrozd
CC BY 4.0

Ale stolica ma też swój bardziej niepokorny rytm, ten znany z „Złego” Leopolda Tyrmanda. Jego Warszawa pulsowała nocą, żyła podwórkami, bramami i kawiarnianymi rozmowami, które brzmiały jak jazz grany w ukrytych klubach. Ten klimat poczujesz podczas wędrówki przez Śródmieście i Muranów, szczególnie trasą spaceru „Warszawa Złego. Śladami Tyrmanda…”, dostępnego w Tutay. Spacer Ewy Frączek-Biłat prowadzi przez miejsca, w których literacka Warszawa wciąż przebija spod współczesnej fasady miasta.

Michal Gorski
CC BY-SA 3.0

Nieco bardziej intymny klimat panuje na Żoliborzu, zwłaszcza w okolicach Placu Wilsona. Modernistyczne kamienice i kołyszące się drzewa mają w sobie coś z opowiadań Iwaszkiewicza: spokojną obserwację, opowieść snutą bez pośpiechu, w rytmie kroków mieszkańców. A gdy później przeniesiesz się na Saską Kępę, miasto odezwie się w innym tonie — lekko jazzowym, lekko poetyckim, pachnącym bzem, jak w piosence Agnieszki Osieckiej „Małgośka”. Warszawa potrafi zmieniać nastroje jak bohaterowie jej historii.


Miejsca, które tworzą nowe zdania

Nie tylko historia pisze w miastach swoje wiersze. W Łodzi, pomiędzy ulicą Piotrkowską a dawnym Księżym Młynem, poczujesz energię, którą kiedyś opisał Reymont w „Ziemi obiecanej” — trzy temperamenty, trzy wizje miasta i ten sam industrialny puls, który do dziś słychać między ceglanymi oficynami. A tuż obok, w klubach i małych salach koncertowych, pojawia się inny rodzaj miejskiej poezji: na przykład rytm rapu O.S.T.R.-ego, który z łódzkich ulic zrobił własny alfabet. Murale, pracownie i kawiarnie między ulicami Tymienieckiego a Fabryczną wyglądają jak rozdziały współczesnej opowieści — pisanej szybko, intensywnie, w rytmie beatów i stukotu tramwajów.

Michał Tomczak
CC BY-SA 4.0

Podobną narrację, choć zupełnie w innym tonie, słychać na wrocławskim Nadodrzu. Jedną z nich są literackie światy — te wyobrażone i te historyczne. Wrocław stał się przecież tłem dla postapokaliptycznych wizji Roberta J. Szmidta czy mrocznych kryminałów Marka Krajewskiego z Eberhardem Mockiem w roli głównej. Swoje piętno odcisnął tu także Łukasz Orbitowski, gdy w „Świętym Wrocławiu” pokazał miasto jako przestrzeń, w której rzeczywistość ociera się o coś niepokojąco nienazwanego. Kiedy idzie się przez Nadodrze, obok pracowni, bram i podwórek, można pomyśleć, że te literackie światy nie są wcale aż tak daleko od codziennych ulic.


Pomiędzy miejscami — wiersze, które piszą się same

Każde z tych miast ma własny rytm i własny literacki ton: czasem nostalgiczny, czasem ostry, czasem ciepły, jak wieczorne światło na kamienicach.

Najpiękniejsze jest jednak to, że te miejskie wiersze powstają mimochodem — kiedy przysiądziesz z kawą w niewielkiej kawiarni pachnącej jak Kraków o poranku albo gdy patrzysz na wodę odbijającą gdańskie kamienice i masz wrażenie, że każda fala dopisuje nową linijkę.

Fallaner
CC BY-SA 4.0

Podobnie działa cisza na lubelskim cmentarzu przy ulicy Lipowej — jednym z najstarszych w mieście. To miejsce, w którym historia układa się w spokojne, krótkie zdania. Między starymi lipami znajdziesz nagrobek kupca, który był pierwowzorem Mincla z „Lalki” Bolesława Prusa. W tym miejscu  literatura przenika codzienność, a proza zaczyna brzmieć jak wspomnienie kogoś, kto naprawdę chodził tymi ulicami.

W Łodzi wystarczy wejść do dawnej elektrociepłowni EC1, by usłyszeć miasto jak długie opowiadanie — industrialne echo maszyn miesza się tu z nowymi historiami. A na wrocławskiej Wyspie Słodowej poezją potrafi być zwykły ruch światła po wodzie, który zmienia się z każdą chwilą, jakby ktoś przewracał kolejne strony.

Tomasz.slomka.ec1
CC BY-SA 4.0

TUTAY właśnie na tym polega: nie narzuca trasy, tylko szepcze wskazówki w rytmie, który pasuje do Ciebie. Pomaga znaleźć te zakamarki, w których słowa niemal unoszą się w powietrzu, nawet jeśli nie są nigdzie zapisane.

Miasta mówią — czasem głośno, czasem szeptem.  Z TUTAY usłyszysz je trochę wyraźniej.

zdjęcie główne:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/87/Old_book_bindings.jpg

Tom Murphy VII

CC BY-SA 3.0